Wywiad z Iwoną Menzel

Nie zdradza swoich szeptuch, wsłuchuje się w opowiadane przez Podlasie tajemnicze historie, a po ziemi stąpa bardzo twardo. Najpierw zachwyciła mnie swoją książką, a potem talentem uśmiechu. Bo Iwona Menzel potrafi uśmiechać się nawet, gdy nie widzi się jej na żywo, nawet gdy jest na drugim końcu Polski, a ja i tak czytając od niej maila, widzę jej niesamowicie ciepły uśmiech.

„Szeptucha” jest jej szóstą książką, ma w sobie tyle treści i  magii, że nie byłam w stanie się powstrzymać, od zadania autorce kilku pytań. Rozmawiałyśmy o szeptuchach, medycynie, pisarstwie i oczywiście o bajkach. Jesteście ciekawi?

kkkkkkkkkkWiktoria Korzeniewska: Czy może Pani opisać chwilę, w której Pani podjęła decyzję napisania o Szeptusze? Czy to był moment, nagłe olśnienie, czy długo dojrzewająca decyzja?

Iwona Menzel: Od chwili, kiedy po raz pierwszy znalazłam się na Podlasiu, wiedziałam, że napiszę o nim książkę. Jest to niezwykły kawałek Polski, który przez swoją wielowiekową izolację w znacznym stopniu zachował autentyczność i nienaruszone krajobrazy. Jednocześnie jest to ginący świat, który znika na naszych oczach. Opisując go, chciałam chociaż jakąś jego cząstkę uchronić od zapomnienia. A któż mógłby o nim lepiej opowiedzieć niż podlaska szeptucha?

Tak żywo i prawdziwie opisała Pani cały ten świat. Czy miała Pani kiedyś styczność ze światem prawdziwej szeptuchy? A może ktoś opowiedział Pani historię, która posłużyła jako zalążek dla powieści?

Ten świat jest mi bliski i dobrze znany, nadbiebrzańskie bagna to „mój adres” w Polsce, a bagna, jak wiadomo, pełne są błędnych ogników i tajemniczych historii. Dobre historie opowiadają się zresztą same, trzeba tylko nadstawić ucha. Jeśli chodzi natomiast o styczność z konkretną szeptuchą, to mogę tylko zacytować książkowego Alka Litwina: "Proszę o wyrozumiałość, ale my nigdy nie ujawniamy źródeł naszych informacji." Czym byłaby szeptucha, gdyby nie owiewała jej mgiełka tajemnicy?

Czemu Pani bardziej ufa – medycynie ludowej i naturalnej, czy też może tej naukowej, dobrze nam wszystkim znanej?

Wolałabym nie potrzebować ani jednej, ani drugiej. Medycyna szkolna to dziś często przede wszystkim biznes, ale perforacji wyrostka robaczkowego kwiatem lipowym się nie wyleczy. Medycyna naturalna skłania się do całościowego postrzegania człowieka i przynajmniej stara się leczyć przyczyny choroby, a nie jej symptomy. Na Podlasiu tradycja zielarstwa i zaufanie do „apteki Pana Boga”, czyli tego, co rośnie na łące, są w każdym razie nadal żywe. Wciąż jeszcze zbiera się po wsiach liść babki i robi napar z czarnego bzu.

Myśli Pani że życie dokonało za Olesię dobrego wyboru, nie pozwalając jej iść na medycynę? Lewis w Narnii mówi, że nie wolno zastanawiać się, co by było gdyby, a ja jednak zapytam, a gdyby Olesia została lekarzem, jak Pani sądzi, jakby wyglądało jej życie?

Szczerze? Cieszę się co prawda, że dzięki Olesi przetrwa ciekawa tradycja, ale być może ominęło ją ciekawsze życie. Szanse młodych w tym regionie nie są oszałamiające.

Czy bliskie jest dla Pani życie szeptuchy, widziałaby Pani siebie na jej miejscu?

Nie, skądże! Brak mi koniecznego mistycyzmu, stoję twardo wszystkimi kopytami na ziemi. Chociaż... wystarczy trochę pobyć na Podlasiu, żeby zaczęło się śnić sny, które się spełniają, coś widzieć, coś słyszeć, coś przeczuwać...

A nawiązując do poprzedniego pytania – tak mało Pani w sieci, nie znalazłam Pani ani na facebooku, ani na innych portalach społecznościowych – jakie jest Pani zdanie na temat takich portali i w ogóle tego, co dzieje się obecnie w dobie Internetu, telefonii komórkowej, gdzie trzeba chronić swoją prywatność.

Ja żyję w internecie, jestem zupełnie bezradna, kiedy piorun mi strzeli w router. Spędziłam w Niemczech prawie 40 lat, tam mieszka mój syn i tam zostali wszyscy moi przyjaciele. Internet pozwala mi nadal być blisko nich, zaczynam każdy dzień od sprawdzenia maili i przeczytania „Spiegla”. Te kontakty są mi niezbędne do życia, są to jednak intensywne kontakty z konkretnymi osobami, z którymi czuję się związana. Facebook, zaspokajający trochę szczeniacką tęsknotę za przynależnością do grupy, ze swoim infantylnym systemem „lajków” („babcia umarła”: lubię to!),  dla mnie osobiście nie jest odpowiednim narzędziem do podtrzymywania relacji międzyludzkich. Mam też bardzo dużą potrzebę dystansu, prawdopodobnie znacznie większą niż inni ludzie. Rzeczywiście, mało mnie w sieci. Nie zależy mi jednak wcale na tym, żeby mnie znało 100 000 osób: przecież ja nie jestem w stanie ich wszystkich poznać.

I porozmawiajmy o magii, ale tej pisarskiej – bo przecież pisarze, to są prawdziwi czarodzieje. Kiedy poczuła Pani w sobie tę magię? Już jako dziecko chwytała pani za długopis, czy chęć tworzenia świata ze słów przyszła dopiero potem?

Czarodzieje? Naprawdę? No nie wiem, ja raczej przychylam się do zdania Thomasa Manna: „Pisarz to człowiek, któremu pisanie przychodzi trudniej niż innym ludziom”.  Wynika to trochę z tego, że przecież ja zawsze pisałam i piszę w obcym języku. Po 40 latach w Niemczech polski też jest dla mnie trochę językiem obcym. Proszę posłuchać, jakim śmietnikiem językowym posługują się Polacy już po 10 latach spędzonych za granicą! Zmusza to, co prawda, do większej dyscypliny i pokory, bo człowiek zastanawia się, czy jakieś słowo czy zdanie rzeczywiście jest niezbędne, ale z czarowaniem ma niewiele wspólnego. Jako dziecko, oczywiście, tego nie miałam i pisanie było dla mnie naturalną formą komunikacji. Dawało mi poza tym fascynującą  możliwość tworzenia sobie rzeczywistości równoległej (nie było wtedy jeszcze facebooka, który to dziś tak bardzo ułatwia). Codziennie przed snem wymyślałam więc sobie jakąś historię, a kiedy nauczyłam się pisać, zapisywałam ją.

Jak to jest z Pani pierwszą samodzielnie przeczytaną książką? Pamięta ją Pani? A może do niej Pani stale wraca?

Ależ oczywiście, pamiętam! „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame. Wydane na papierze gazetowym przez Biblioteczkę „Przyjaciółki”, z kartkami, które trzeba było przecinać nożem. Była absolutnie cudowna i właśnie dlatego nigdy do niej nie wróciłam: żeby jej nie odczarować.

A jeżeli o bajki chodzi – którą uwielbiała Pani najbardziej będąc dzieckiem? A może której się Pani bardzo bała?

Bałam się prawie wszystkich. Nie lubiłam bajek, szczególnie Grimma i Andersena. Ociekają okrucieństwem, do tej pory nie rozumiem, dlaczego czyta się je dzieciom. Ta o dziewczynce w czerwonych bucikach, która poprosiła kata, żeby jej obciął nogi, bo nie mogła przestać tańczyć, jest bezkonkurencyjna w swoim bestialstwie. Czysty horror, który latami śnił mi się po nocach.

Natomiast teraz, kiedy jest Pani już dorosła, która bajka jest Pani ulubioną?

Na całe szczęście już nie muszę czytać bajek. Tyle jest innych wspaniałych historii do przeczytania!

Gdyby istniały szeptuchy pisarskie, takie, które czarują i uzdrawiają słowem, myślę, że Iwona Menzel byłaby jedną z nich. A może już jest? Któż wie... 

Z Iwoną Menze, autorką m.in. takich książek jak "Szeptucha", "Nie chodź ciemną doliną", "Zatańczyć czeczotkę", "W poszukiwaniu zapachu snów", właścicielką uroczego białego olbrzyma i posiadaczką magicznego uśmiechu dla Gazety Turystycznej Warmii i Mazur rozmawiała Wiktoria Korzeniewska.