Warmii i Mazur, Olsztyn

Turystyka piesza, rowerowa, spływy kajakowe, koncerty, wystawy...

Home Felietony i pozostałe Wielkanocny wschód słońca
Wielkanocny wschód słońca Drukuj
wtorek, 11 grudnia 2007 09:15

Czy może być piękniejszy symbol zmartwychwstania i wiosennego odrodzenia, niż wschód Słońca w urokliwym miejscu?

Od jakiegoś czasu mam taki zwyczaj, że na Wielkanoc idę witać wschód słońca, na swój sposób święcę wtedy pokarmy i spożywam pierwszy, skromny wielkanocny posiłek. W pierwszych latach tych praktyk wsiadałem w nocny pociąg, który dowoził mnie w pobliże wybranego przeze mnie miejsca, dalej szedłem pieszo, a po powitaniu wschodu wracałem pociągiem porannym.

 

Wybierając się na wschód słońca na Wielkanoc tego roku, zastanawialiśmy się z Iwoną, moją partnerką, dość starannie nad wyborem odpowiedniego miejsca. Wreszcie dość nagle zdecydowaliśmy się przeprowadzić to nad jeziorem Dadaj, w pobliżu wioski Ramsowo, ok. 30 km od miejsca naszego zamieszkania.

 

Ubraliśmy się bardzo ciepło, prawie zimowo. Wyjechaliśmy o godzinie 4 nad ranem, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Ponieważ jednak jechaliśmy na wschód, więc widzieliśmy już, jak na horyzoncie zaczyna się przejaśniać. Mimo, że prawie do końca jechaliśmy drogą krajową, było pusto, z rzadka tylko mijaliśmy jakiś samochód, co dawało dodatkowe uczucie wolności i swobody. Ok. 4.30 dojechaliśmy do Ramsowa i zaparkowaliśmy samochód pod jednym ze sklepów. Kiedy z niego wyszliśmy, powitał nas śpiew ptaków, jakiego w centrum miasta się nie spotyka, i tchnienie wiosny, które też było znacznie silniejsze, niż u nas w mieście.

 

Do brzegu jeziora mieliśmy jeszcze ponad 2 kilometry drogi. Dniało już, kiedy wyruszyliśmy. Tak jak się spodziewaliśmy, było bardzo zimno, na polach był widoczny szron, ale było też bardzo rześko i przyjemnie. Kiedy z asfaltowej drogi zeszliśmy na drogę polną, po chwili rozpoznałem ośrodek, w którym kończyłem mój pierwszy rajd studencki. Zupełnie zapomniałem, że to właśnie tam, było dla mnie sporym zaskoczeniem i miłą niespodzianką ponownie się tam znaleźć. Po chwili znaleźliśmy całkiem sympatyczne miejsce w pobliskim lasku, tam, gdzie drzewa akurat były przerzedzone, i rozciągał się bardzo ładny widok na jezioro, które w całości było zamarznięte. Niebo było prawie czyste, tylko kilka niewielkich chmurek pierzastych wznosiło się nad horyzontem. W świetle słońca znajdującego się już blisko mieniły się na odcienie różu i pomarańczy, dodając tylko uroku zjawisku.

 

Do wschodu mieliśmy niecałe pół godziny. Zaśpiewaliśmy 9 razy mantrę Gayatri, w której mowa jest między innymi o słońcu. Później jednak było tak, jak prawie zawsze w takich przypadkach – ptaki śpiewały tak pięknie, widoki były tak urokliwe, a nastrój tak czarowny, że zamiast cokolwiek intonować umilkliśmy i tylko wsłuchaliśmy się i wpatrzyliśmy w trwające już zjawisko przebudzenia się przyrody. Ze wszystkich stron dolatywał śpiew różnych gatunków ptaków, w pobliżu przeleciały kaczki, kilka metrów od nas usiadł na gałęzi wróbel. Co jakiś czas w oddali wrzeszczały żurawie. Niebo stawało się coraz jaśniejsze, przechodząc stopniowo od pomarańczy, przez róż, do prawie żółci. Po kilkunastu minutach takiego czuwania dobiegł do nas dźwięk dzwonów kościelnych z pobliskiego Ramsowa, a nieco później – obok z Wipsowa. Dzwony te świetnie wkomponowywały się w nastrój wiosennego przebudzenia.

 

Jak zwykle z niecierpliwością czekaliśmy, aż na przeciwległym brzegu jeziora pojawi się słońce. Wreszcie pojawił się najpierw malutki jego promyk, a potem powoli, przez kilka minut wyłaniało się całe. Słońce było czerwone, mieniło się całe w tej czerwieni dając wrażenie nieustającego ruchu. Tak jest tylko wtedy, kiedy znajduje się tuż nad horyzontem, zaraz potem jaśnieje już całym blaskiem i wrażenie to zanika. To jest moment, w którym jak w żadnym innym wyczuwam związek między czysto fizycznymi procesami a życiem i duchowością. I – jak mówię – trwa to chwilę, zaraz potem słońce jaśnieje tak, że nie można na nie patrzeć dłużej niż ułamek sekundy i nawet przez tą chwilę nie widać już tego zjawiska tak dobrze.

 

Słońce wzeszło tak, że drzewo na przeciwległym brzegu jeziora było akurat wpisane w jego tarczę. Umyłem twarz i ręce w wodzie z jeziora – najlepiej jest w ogóle do niego wejść i umyć się całemu albo przynajmniej do połowy, ale na takie coś nie zawsze się zdobywam. Po takim obmyciu szacząłem święcić przyniesione pokarmy – polegało to na tym, że brałem je w ręce, unosiłem wystawiając do wschodzącego Słońca, intonowałem krótką modlitwę o ich pobłogosławienie, po czym wznosiłem jeszcze na cztery strony świata. W ten sposób poświęciłem najpierw jajka, potem chleb, sól, sałatkę warzywną przyrządzoną przez nas, i ciasto, upieczone przez Iwonę. Myślę, że taki sposób święcenia jest nie gorszy od tradycyjnego, przez pokropienie wodą.

 

W czasie, kiedy święciłem pokarmy, dobiegł do nas śpiew rezurekcyjny z kościoła w Ramsowie, co było o tyle dziwne, że dzieliło nas od niego ładnych parę kilometrów. Słyszeliśmy go przez chwilę. Po poświęceniu pokarmów przystąpiliśmy do ich symbolicznego spożywania – właściwe śniadanie wielkanocne przygotowaliśmy w domu, na miejscu tylko „wstępnie” skosztowaliśmy pokarmów zaraz po ich poświęceniu.

 

Chwilę jeszcze postaliśmy nad jeziorem, po czym spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Kiedy wracaliśmy, na łące niedaleko ośrodka stały cztery sarenki. Przez długi czas mogliśmy się im przyglądać ze stosunkowo bliskiej odległości, one nam również się przyglądały, zanim zdecydowały się oddalić. Do samochodu doszliśmy sporo przed godziną siódmą. Mieliśmy dużo szczęścia do pogody, bo już kiedy dochodziliśmy, niebo się zachmurzało, a cały dzień potem był pochmurny.

 

Chcieliśmy zajść do kościoła w Ramsowie lub do któregoś po drodze, ale wszędzie trwały msze rezurekcyjne, więc nie przeszkadzaliśmy. Dopiero w Olsztynie po zaparkowaniu samochodu poszliśmy do znajdującego się niedaleko kościoła, żeby odwiedzić symboliczny grób zmartwychwstałego Chrystusa i zjednoczyć się w święcie ze wszystkimi obchodzącymi je ludźmi, mimo, że my obchodziliśmy je w inny sposób. Wizyta ta bardzo dobrze zwieńczyła cały obrzęd. W przyszłym roku postaram się lepiej przemyśleć jego przebieg, zaplanować modlitwy, i zastanowić się, w jaki sposób mogę zanieść ludziom błogosławieństwo, otrzymane podczas wschodu Słońca. A może ludzie mają własne błogosławieństwo i trzeba się nimi po prostu wymienić?

 

Za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że raz w roku warto zarwać noc, iść i stać w tym zimnie, żeby w tym zjawisku brać udział, a poranek Wielkiej Nocy jest do tego najodpowiedniejszy. I że w taki sposób można połączyć kult zmartwychwstałego Chrystusa z uwielbieniem Natury.

 

(c)Przemysław Kapałka